Facebook

10/12/2009

Nagłe Awarie Wkłuć











Od zachorowania Lisy jesteśmy jak" kolor biały na ryżu", jej cień, tam gdzie ona to i my! Wyjazdy szkolne, wyjazdy sportowe, wszędzie musimy jechać i być w okolicy, w razie potrzeby. Wydawałoby się, że nie jesteśmy niezbędni a jednak... Za każdym razem mała wyjeżdża z klasą na "Zieloną Szkołę" lub na turnieje piłki nożnej, to my jedziemy z nią. Właśnie wróciliśmy wczoraj z takiego wyjazdu, bagatelka do ISTANBULU, tak czytacie dobrze do TEGO ISTANBULU w TURCJI! Mało że jechaliśmy jak obstawa za 13 letnią córką to lecieliśmy tym samym samolotem, zupełnie przypadkiem nasz agent zrobił rezerwacje na ten sam lot co szkoła organizując wyjazd. Dobrze, że wszystkie jej koleżanki za nami przepadają i było wesoło, generalnie, ale tak czy inaczej Lisa wolałaby być sama. No cóż...

Tylko wylądowaliśmy na Ataturk International Airport i wysiedliśmy z samolotu, już musiałyśmy zmieniać wkłucie, bo rano nie było czasu, a tak w ogóle to doliczyłam się że mineło pięć dni od ostatniej zmiany - ooops! Dopadłam Lisę i pytam "gdzie zmieniamy?" "W toalecie" odpowiada, tuż pzy kolejce po wizy. Dobra, zmieniłyśmy zestaw infuzyjny w "super sanitarnych" warunkach lotniskowego kibla i poszła swoją drogą.

Podczas wyjazdów sportowych reprezentacja zakwaterowana jest u rodziców dzieci ze szkoły pełniącej rolę gospodarza turnieju. Przeważnie nocuje się po dwoje dzieci, trzeba je odebrać po przylocie pierwszego dnia, na drugi dzień rano zawieźć na miejsce spotkania, a po rozgrywkach znowu odebrać wieczorami, nakarmić i generalnie zająć się podopiecznymi. Wyjazdy organizowane są co roku, w różnych dziedzinach sportu i z regóły trwają 3 noce i 4 dni. Jakoś mieliśmy szczęście, bo w zeszłym roku w Pradze (Czechy), małą przyjeła rodzina, której ojciec pracował w ILI LILY, więc cukrzyca nie była mu obca, a w tym roku w była u rodziny z Kenii i tam Tata (Brytyjczyk) sam choruje na cukrzycę typ 2, więc też nie bali się wziąść na siebie tak dużej odpowiedzialności jaką jest opieka nad małym diabetykiem.

Wyszliśmy z terminalu i od razu problem, telefony nie działają... nie ma zasięgu, nie ma roamingu, ani w moim, ani w męża ani u Lisy. Telefon podczas takich imprez pełni rolę życiodajnej linii, komunikacja między nami, rodziną opiekującą się dzieckiem i trenerami jest podstawą jej zdrowia i formy do gry, a tutaj psikus, NIE MA SYGANŁU! Na szczęście leciała z nami siostra męża i jej komórka działała OK. Zadzwoniliśmy do Polski do operatora i na drugi dzień mieliśmy telefony, ale do tej pory nie wiem czemu nie włączył się roaming.

Wieczorem pierwszego dnia, nawiązałam kontakt z rodziną Lisy z Hani telefonu i wszystko było w porządku, rozmawiałam z nią, poinformowała mnie co ma na kolację na talerzu, a ja ile insuliny ma na to wziąść. Rano pierwszy mecz miał się odbyć o godzinie dziewiątej, Lisa prosiła abyśmy przyjechali im kibicować, ale okazało się, ze rozgrywki są minimum godzinę jazdy samochodem od naszego hotelu, korki są niesamowite w piątki i szczerze mówiąc odradzono nam tej wyprawy. Poszliśmy sobie zwiedzać miasto a mecz zostawiliśmy na Sobotę.


Istanbul jest tak ogromny, że dzieci chodzące do Istanbul International School pozostają poza domem około 12 godzin dziennie ze względu na dojazdy. Większość rodzin mieszka "starej części", a szkoła jest na przedmieściach. W Piątek wieczorem wracały z meczu do domu dwie i pół godziny ( odległość może 30 km w linii prostej). Lisa z koleżanką i córką jej Host Famiy wrócilły do domu po 10 wieczorem i dopiero wyjechali na kolację, niesamowite ile czasu traci się tam na przmieszczanie...

Sobotę sobie zaplanowaliśmy, przynajmniej tak nam się wydawało... Lisy pierwszy mecz miał być o 9 rano a drugi o 12:15, zamówiliśmy taxi na 11:00, ale już o godzinie 9 zadzwoniła Lisa informując, że w pośpiechu zapomiała zabrać ze sobą glukometr i czy mogę go jej dowieźć? Dobrze że spakowałam awaryjny i miałam go w hotelu, bo w innym razie to musiałabym lokalizować ludzi u których Lisa mieszka.

Nauczyłam się zabierać awaryjny glukometr po tym jak wysiadła bateria w przed ostatni dzień wycieczki do Zakopanego i nigdzie nie mogliśmy kupić właśnie tego rodzaju baterii. Lisa ma glukometr firmy NOVAMAX i on się komunikuje z pompą Paradigm 722 zostawiając całą historię glikemii co jest bardzo przydatne do ustawienia dziecka na wlewie podstawowym lub do kontroli "podjadania" albo powtarzających się problemów. Wszystkie dane można sobie później zciągnąć i na stonach Medtronica mieć całą historię choroby do wydruku. Problem polega na tym, że ten typ glukometru nie jest dostępny w Europie. Nie wiem czemu? my kupujemy paski w USA i je przysyłamy do kraju, szkoda bo ten gadżet to bardzo fajna sprawa.

Zajechaliśmy na mecz o 12:15, Warsaw "Warriors" grały z Istanbul "Dolphins", mecz rozpoczął się o 12:00. Pogoda była wspaniała, niebo bezchmurne a temperatura około 25* C. Dziewczynki bardzo zacięcie walczyły i zremisowały plasując się na 3 pozycji. Mecz finałowy zaplanowano na 17:30 więc stwierdziliśmy, że nie będziemy tam tyle godzin siedzieć, tylko wracamy do centrum na zakupy. Przed wyjazdem spytałam małą czy ma insulinę w rezerwuarze, czy wkłucie jest ok i standardowo żeby zadzwoniła przed jedzeniem. Wszystko było według jej OK, więc ruszyliśmy we troje w poszukiwaniu taksówki. Oczywiście podróż z powrotem trwała tylko półtorej godziny, więc przy Bazarze Głównym znaleźliśmy się prawie o 16:00. Tylko zamknęłam drzwi od samochodu, zadzwonił telefon. Nie może być nudy, w końcu przyjechałam opiekować się córcią a nie łazić po bazarach, i ona się o to jak najbardziej zatroszczyła informując mnie że "jest problem z wkłuciem, bo się poluzowało i zagięło i insulina nie dochodzi tak jak powinna". Dopiero wysiadłam z taksówki i nie ma mowy abym natychmiast wróciła na miejce meczu. Mówię małej, żeby najpierw zmierzyła cukier zanim ze mną o czym kolwiek rozmawia i wrazie draki niech zrobi sobie korektę penem bo w końcu po to wozi cały osprzęt włącznie z Glukagenem®, insuliną, bateriami do pompy, strzykawkami, penem, wacikami, alkoholem do dezynfekcji, zestawami infuzyjnymi itp... Lisa ze stoickim spokojem powiadomiła mnie, że zostawiła cały przybornik w domu, bo się spieszyła, rano.
O BOŻE, RATUJ I DAJ CIERPLIWOŚCI, którą w tym momencie straciłam, a mała twardo mi karze jechać do jej gospodarzy do domu po pen i przywieźć go z powrotem na stadion. "LISA ZMIERZ CUKIER!!!" krzyknęłam w końcu na cały chyba Istanbul
"i zadzwoń do mnie jak poznasz wynik!" Po chwili zadzwonił telefon... w słuchawce spokojnym opanowanym głosem mała mówi że "cukier 150" więc "idź grać" powidziałam i jak będziesz w domu po meczu to zadzwoń,a my przyjedziemy do ciebie, lub niech ktoś ciebie przywiezie do nas na zmianę wkłucia.

Mineły godziny, i okazało się że po finale dzieciaki miały BBQ na stadionie, a Lisa nie ma ani działającej pompy ani pena, ale poszła do pielęgniarki, wzięła od niej strzykawkę, załadowała insuliną z rezerwuaru z pompy i zrobiła sobie bolus. Jak wkońcu dowieziono ją do domu to glikemia była tak niska, że glukometr infomował po prostu "LOW", nie był w stanie zarejestrować wyniku, a Lisa ze stoickim spokojem jak zwykle dzwoni do mmie by mi powiedzieć, że ma lekko niski cukier i właśnie je winogrona. Ręce mi opadły. Pomyślałam tylko..." mam nadzieję, że ta strzykawka była od robienia szczepionek na grypę (bo są takie same jednostki jak w insulinówkach), a nie zwykła plastikowa strzykawa do pobierania krwi". Tak naprawdę to mogła przedawkować i KONIEC, a GLIKAGEN® był w domu godzinę jazdy od niej. Okazało się na lotnisku w drodze powrotnej, ze faktycznie strzykawka nadawała się do pobierania krwi, tylko i wyłącznie, krew zmroziła mi się w żyłach i wiem, że Anioł Stróż był z Lisą tamtego dnia, bo mała wzieła kreski w rezerwuarze do insuliny z pompy jako miarkę, myśląc że to jednostki, a faktycznie każda kreska = 10j. DOBRZE, ŻE NIE KRESKI ZE SRZYKAWY DO POBIERANIA KRWI.

Umówiłam się z rodziną, że pojadą z dziewczynkami na kolację, a my dojedziemy do nich i zmienimy wkłucie, i o godzinie 10:30 wieczorem dostałam sms'a z adresem restauracji. Zawołaliśmy Taxi, kierowca nie mówił żadnym innym językiem, tylko tureckim więc dla upewnienia zadzwoniliśmy do restauracji by porozmawiał z pracownikiem w sprawie dojazdu. Zapewnił nas że wie gdzie jechać i ruszyliśmy w drogę. Po prawie godzinie jazdy, gdzieś przy małym porcie na przedmieściach, kierowaca zatrzymał się na stacji benzynowej by spytać o drogę. Spojrzeliśmy się na siebie z mężem ironicznie, że znowu nam się trafił taki co nie zna okolic. Coś się dowiedział i ruszył w drogę przez las. Po kilku kilometrach znowu się zatrzymał i pyta o kierunek jazdy, przechodni pokazuje, że nadal trzeba jechać kilka kilometrów dalej. Jesteśmy w ciemnym lesie, na dwu kierunkowej drodze, ani świateł, ani samochodów, nic, a nasz taksiarz grzeje lewą linią po krętych drogach jakby jechał sam. Po następnych kilku kilometrach widzimy cywilizację, uuufff pomyśleliśmy, zatrzymuje nas żandarmeria i pyta gdzie jedziemy? Pokazuję wojskowemu adres na komórce a on tłumaczy naszemu taksiarzowi gdzie ten ma się kierować. Dzowni mój telefon, na linii mam jednego z opiekunów Lisy który informuje mnie, że zamkneli właśnie restaurację i wszyscy musieli wracać do domu, a po chwili przysyła mi adres domowy. Na szczęście to ta sama dzielnica, bo przez moment ogarnęła nas panika, że będziemy wracać gdzieś do centrum i jechać następne 70 nimut, jest już prawie 11:45 w nocy, a my nadal w czarnym lesie. Znowu cywilizacja i oczywiście żandarmeria, która nas zatrzymała i znowu pokazałam adres a oni pokierowali nas grzecznie dalej. Mineło następne 30 zakrętów, 10.000 drzew i kilka kilometrów i nagle STOP! BLOKADA WOJSKOWA. Ojej, co znowu? mówimy do siebie z mężem. Dwóch żołnieży pyta o coś naszego kierowcę, ten coś im odpowiedział, po czym kazali mu wysiąść z samochodu. "No pięknie" mówimy, niech go zaaresztują to zostaniemy deczko dłużej w tym lesie... Pukają do naszego okna i pytają o paszporty, ja mówię że mam w torbie, a mąż że zostawił w hotelu. Okazało się że paszport w mojej torbie to był męża a ja mojego NIE MAM. Oficer informuje mnie, że jest problem bo nie mam paszportu i muszą mnie zabrać i że nie mogę dalej jechać. Tłumaczymy im jak ważme jest dla nas aby dostać się do celu, a oni konsekwentnie mówią to samo "nie może Pani jechać dalej, musi Pani jechać z nami". W tym momencie przypomniałam sobie, że mam Amerykańskie prawo jazdy, szybko dałam je oficerowi, a on powiedział aby poczekać. Po chwlili wrócił i spytał jak długo mamy zamiar być pod tym adresem, mąż odpowiedział że tylko kilka minut, a żołnierz na to oddał mi prawko, w wpóścił kierowcę z powrotem do auta więc pojechaliśmy dalej. Faktycznie tak jak nam na koniec powiedzieli, za trzy kilometry ukazała się super elegancka i nowobogadzka dzielnica, z restauracjami, sklepami i kilkoma strzeżonymi osiedlami a w jednym z nich mieszkała gościnnie nasza Lisa. Dotarłam do niej dokładnie o 12:30 nad ranem, Pani domu czekała na nas cierpliwie. Rodzina bardzo miła, dom super, a nasze dziwczynki z Warszawy spały na dole w pokoju gościnnym, ciężko spracowane po intensywnym dniu pełnym wrażeń i rywalizacji sportowej. Zmierzyłam małej cukier, miała poziom glikemii 66, trochę mało jak na całą noc. Poprosiłam gospodynię o szklankę mleka z jedną malutką łyżeczką cukru i zabrałam się za wymianę zestawu infuzyjnego i doładowania insuliny do nowego zbiorniczka. Lisa się pzebudziła w dobrym nastroju, ale była po prostu padnięta. Szczerze mówiąc, obydwoje z mężem mieliśmy już dosyć tych perypetii i chcieliśmy ją zabrać z nami do hotelu, ale prosiła aby zostać i trochę było mi głupio ją wyrywać w środku nocy z "dobrej i szczerej opieki", więc zostawiłam ją w spokoju z nowym wkłuciem. Pożegnałam się grzecznie i wróciłam do taksówki.

Ruszyliśmy w drogę powrotną, która trwała 20 minut, bo tak jak sądziliśmy nasz bystry kierowca pojechał gdzieś przez maliny i tereny strzeżone, a nie główną arterią prowadzącą z tej bogatej dzielnicy do samego centrum miasta, tak naprawdę to wylądowaliśmy dwa zakręty od naszego hotelu i tam wysiedliśmy. Wyszliśmy z auta przy knajpce pełnej ludzi i dobrej muzyki, bo stwierdziliśmy, że po takiej wyprawie należy nam się z mężem dobra butelka Tureckiego wina.

Na marginesie: Jeśli dziecko wyjeżdża na zieloną szkołę, trzeba zadbać o sporządzenie zestawu podróżnego który jest zawsze pod ręką i gotowy do zabrania nawet na nocleg u znajomych. W zestawie konieczne są wszystkie potrzebne rzeczy takie jak: igły do pena, pen lub strzykawki, świerza insulina, baterie do pompy, baterie do glukometru, zapasowy glukometr, waciki, zestawy infuzyjne, pojemniki na insulinę, lancety do nakłuwacza, alkohol do dezynfekcji, maść antybakteryjna, antybiotyk w razie infekcji (Augumentin), dodatkowe paski do glukometru, plasterki na skaleczenia, Apap lub polopiryna oraz zestaw GLUKAGEN®. Pamiętajmy, że kiedy NIC MA SIĘ NIE DZIAĆ, TO ZAWSZE COŚ SIĘ WYDARZY, takie jest prawo MURPHIEGO. Ja już zmieniałam wkłucia o różnych porach dnia i nocy, w przeróżnych miejscach, nawet na masce samochodu podczas Zielonej szkoły nad Soliną, ale było to możliwe dlatego, że mamy kompletny podróżny zestaw który "przeważnie" jest tam, gdzie jest nasze dziecko. Prozaiczna sprawa taka jak okrągła bateria do glukometru może okazać się problemem w małej miejscowości, więc zawsze trzymajmy zapas w domu. Wkłucia też lubią sprawiać psikusy wtedy kiedy jest to najmniej pożądane, więc zawsze dajmy dziecku dwa lub trzy ekstra sztuki na podróż trwającą trzy lub cztery dni. Lepiej być przygotowanym na figle jakie życie może nam sprawić, niż zostać nie mile zaskoczonym nagłą hospitalizacją dziecka na drugim końcu świata. ZAWSZE w miarę możliwości podrużujmy razem z naszym dzieckiem, nie koniecznie dosłownie, ale bądźmy gdzieś w zasięgu ręki, w niedalekim hotelu, w pobliskiej miejscowości lub w sąsiednim mieście. Do tej pory wyjeżdżałam z powodu córki kilka krotnie i za każdym razem okazało się, że jestem potrzebna i moja obecność ratowała sytuację podbramkową, albo był to zapasowy glukometr, albo wadliwe wkłucie, albo hypeglikemia z którą Pani Doktor towarzysząca sobie nie radziła i dzwoniła po pomoc i z prośbą abym przyjechała na miejsce w celu administracji korekty, ustawienia tymczasowej bazy i wyeliminowania potencjalnych problemów. Lekarz obecny podczas zielonej szkoły nie gwarantuje spokojnej głowy, bo tylko lekarz PEDIATRA/DIABETOLOG tak naprawdę wie jak leczyć i jak przeciwdziałać powikłaniom CUKRZYCY U DZIECI.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czekamy na Wasze Doświadczenia i Myśli...